niedziela, 17 czerwca 2018

Jak się lata Dreamlinerem? DreamTour, 7-9.07.2017

Siedzę spokojnie w pracy, aż tu nagle pojawia się HIT na fly4free:
Przelot LOTowskim Dreamlinerem z Warszawy do Budapesztu za śmieszne 120 zł!
Bez zbędnego zastanowienia bilet wylądował na mojej skrzynce mailowej w ciągu kilku minut :)


<< Uwaga, post z bardzo małą ilością zdjęć - skradziono je razem z aparatem w Czarnogórze. >>

Jakoś na to warszawskie lotnisko trzeba się jednak dostać.
Najsensowniej wypada oczywiście nocny pociąg Kraków-Warszawa i to nim jadę (oczywiście cudem jadę, bo wychodzę za późno z domu i na dodatek po drodze spada mi łańcuch w rowerze. Ratuje mnie 3-minutowe opóźnienie pociągu).

Na lotnisku już czekają zastępy fanatyków lotnictwa w koszulkach fly4free czy lotnictwo.net, dziennikarze i grube ryby z identyfikatorami zawieszonymi na szyjach i pięknymi asystentkami u boku. Plus ja - mała podróżniczka, która w plecaku ma śpiwór, karimatę i zapas jedzenia na kilka dni, a w ręku dumnie dzierży wymiętolony bilet LOT-u samodzielnie wydrukowany na domowej resztce kolorowego tuszu.
Bilet, warto zaznaczyć, tylko w jedną stronę ;)

A odpowiadając na tytułowe pytanie ...

Jak się lata Dreamlinerem?


Wygodnie!
Szerokokadłubowiec - a więc boarding przez rękaw. Przechodzę przez wydzieloną strefę biznes (wooow), później przez premium economy (wow) aż do mojego miejsca w rzędzie 32 (economy, ale też niech będzie małe wow). Miejsca niestety trzeciego od okna po prawej stronie, ale dzięki tym sporym przestrzeniom na pokładzie i tak mogę dość komfortowo zerkać za okno. A jeśli nie za okno, to na monitor systemu rozrywki pokładowej przede mną.


A jeśli nie na monitor, to na przystojnego stewarda witającego innych pasażerów.
Wybrałam tę trzecią opcję.

Lot mija świetnie - fotele wygodne, ciepło i cicho, nikt nie wciska zdrapek. Idealne warunki do spania, co skrzętnie wykorzystuję.
Na szczęście budzę się akurat w momencie rozdawania kanapek i soków :)

Na sam koniec lotu ostatnia atrakcja - niski przelot nad Budapesztem i idealne widoczki z mojej strony *.*

Na lotnisku powitano Drimka salutem wodnym, a później powoli zaczęliśmy się wytaczać z samolotu na płytę lotniska, która na dobrych kilkanaście minut zamienia się w miejsce wielkiej sesji fotograficznej.

Foteczka z lotnictwo.net

Nie wspomniałam do tej pory, że cały przelot i wszystkie atrakcje były częścią kampanii reklamowej LOT-u związanej z uruchomieniem bezpośrednich lotów z Budapesztu do USA.
Dlatego część dygnitarzy poszła w stronę lotniska na jakiś przyjemny lunch i konferencję prasową, inni pasażerowie pojechali do Budapesztu na kilkugodzinne zwiedzanie przed lotem powrotnym, a ja - no cóż - pojechałam metrem na przedmieścia Budapesztu na wylotówkę na Szentendre.

Tutaj stop się złapał sam - nie zdążyłam nawet przygotować kartonu, kiedy zatrzymał się młody busiarz, który specjalnie nadrabia drogi, żeby mnie podrzucić do Szentendre.

Szentendre po deszczu.

To taki węgierski odpowiednik Kazimierza nad Wisłą - jest małe, ma klimatyczną średniowieczną zabudowę, mnóstwo cerkwi i kościołów i stosunkowo drogie langosze.

Zwykły langosz - 500 HUF :o

Chwilę spaceruję po miasteczku, ale dość szybko łapie mnie nuda.
Idę więc nad Dunaj podrzemać i pomoczyć stópki w rzece przed ruszeniem w dalszą drogę do Vác, gdzie planuję spędzić noc.

Znowu trafia mi się bardzo przyjemny autostop z kierowcami-szoferami dowożącymi pod wskazane miejsce.
Nie taki zły jest ten autostop na Węgrzech ;)

Jednak, na moje nieszczęście, w Vác odbywa się jakiś muzyczny festiwal i moja upatrzona wcześniej na mapach idealna miejscówka na nocny sen pod chmurką okazuje się totalnie spalona.
Kolejne nieszczęście zwiastuje nadchodząca burza - tym bardziej, że nie mam ze sobą namiotu (taka akcja ograniczania wagi plecaka).

Zmęczenie bierze jednak górę i po północy ulokowuję się na ławce pod słomianym daszkiem.
Na czas ulewy przykrywam się plandeką (cud, że ją wzięłam ze sobą!), ale i tak bardzo kiepsko mi się śpi - pilnuję plandeki, która lubi się zsuwać, jednocześnie staram się okryć nią wszystkie rzeczy (z marnym skutkiem) i nasłuchuję, czy jakiś rozweselony festiwalowicz nie odwiedzi mnie w nocy.

Po takiej nocy tym chętniej zaczynam autostopowanie w stronę Słowacji, chcąc jak najszybciej dojechać do koleżanek do Kalamen, głównego celu tej podróży (pomijając przelot Drimkiem, ofkors).

W drodze jak zwykle mam trochę atrakcji:

  • śniadanie w domku nad jeziorem w Bánk z niemieckojęzycznym artystą;
  • cukierki od węgierskich pograniczników przy opuszczaniu Węgier;
  • podwózka na wylot ze strony właściciela sklepu po słowackiej stronie mocy;
  • kompletny bezruch w drodze na Bańską Bystrzycę i opalanie się na środku drogi;
  • podwózka ze słowackimi hippisami i wspominanie z nimi Woodstocku;
  • podwózka radiowozem niemal prosto pod jezioro w Kalamenach ;)
Na miejscu rozpoczynamy wraz z Anią nasz letni chillout nad dzikim źródłem termalnym!

Brodzenie w ciepłej kałuży.

Wyjście z bajorka na wieczorny chłód to było wyzwanie.
Ta nocka (już w namiocie) minęła zaskakująco spokojnie, biorąc pod uwagę imprezę przy bajorku i ciągłe zjeżdżanie się okolicznych małolatów w rozklekotanych furach.

Kolejnego dnia nareszcie dołączyła do nas Natka i razem z poznanym wcześniej w Kalamenach Łukaszem popołudniu pojechaliśmy nad Wodospad Lucansky.

Foteczka: wikipedia.pl

Pokazał nam też fajny wąwóz w Dolinie Prosieckiej, formację krasową przecinająca całe pasmo Gór Choczańskich. Niestety, przeszliśmy bardzo krótki odcinek, bo czas nas gonił, ale dzięki temu wiem, że warto tam pojechać na pełnoprawny trekking :)


Chociaż pierwotny plan zakładał stopowanie do Krakowa, decydujemy się z Anią skorzystać z życzliwości naszego nowego znajomego i wracamy z nim do domu. Po drodze podrzucamy Natkę na pociąg do Rużomberku i obowiązkowo kupujemy czekoladę Studentską - w końcu jakaś "pamiątka" z tego wyjazdu musi być :)

Orientacyjne podsumowanie kosztów:
  • samolot WAW-BUD: 123 zł
  • pociąg Kraków-Warszawa: 23 zł
  • metro w Budapeszcie: 530 HUF
  • langosz w Szentendre: 500 HUF
  • czekolady Studentskie: 4€
  • inne: ok. 10 zł
Niecałe 200 zł - chętnie powtórzyłabym taki weekend w takiej cenie :) (choć tym razem już z namiotem w całej podróży)

5 komentarzy:

  1. Muszę przyznać, że blog jest naprawdę interesujący.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli chodzi o koszty to nie są wcale takie duże. Wydawało mi się, że będzie trzeba na to o wiele więcej wydać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka drobnych wyrzeczeń (w kwestii transportu i noclegu), a koszt wycieczki radykalnie spada :)

      Usuń
  3. Jak za takie pieniądze to wycieczka naprawdę świetna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo tak, LOT zrobił naprawdę miły prezent wszystkim niskobudżetowcom ;)

      Usuń