poniedziałek, 4 czerwca 2018

Frankfurt - na świąteczny glühwein, 29-30.11.2017

Zrządzeniem losu pracodawca daje wolny dzień, a Ryanair daje supertanie bilety na nową trasę z Krakowa na główne lotnisko we Frankfurcie.
To nie mogło się skończyć inaczej :)


Kolejne zrządzenie losu: akurat rozmawiałam z koleżanką, gdy natrafiłam na te bilety. Całe szczęście Kaśki nie trzeba było długo przekonywać, więc tym razem nareszcie lecę gdzieś z kimś znanym i lubianym.


Na co nam ten Frankfurt?


Pytanie kluczowe.
Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że moim odwiecznym marzeniem było odwiedzenie miasta, w którym za wiele atrakcji (z turystycznego punktu widzenia) nie ma.

Nie skłamię za to, gdy powiem, że:
  • chciałam zagospodarować jeden dzień wolnego (mając świadomość, że po zmianie pracy skończą się te moje beztroskie wyjazdy);
  • chciałam wybrać się gdziekolwiek z Kasiem, jedną z najfajniejszych osób poznanych przeze mnie w pracy;
  • dotychczas nie byłam turystycznie w Niemczech, a lubię "zakolorowywać" kolejne odwiedzone państwa;
  • chciałam odwiedzić samo lotnisko - ponieważ FRA to największe lotnisko w Niemczech i jedno z największych w Europie;
  • no i heloł, bilety po 19 PLN! Jadąc w odwiedziny do Mamci, płacę tyle za autobus (a to tylko 130 km). Grzech nie skorzystać z takiej promocji.
Cóż, patrząc na wyżej wymienione powody - ten wypad miał duży potencjał stać się najbardziej bezsensowną podróżą, tuż obok jednodniówki w Szwecji czy trzydniowego wyjazdu na burgera.

NOTE: Choć nie w każdej podróży najważniejszy jest cel, to jednak przyjemnie jest jechać gdzieś , gdzie mamy choćby najmniejszy plan do zrealizowania.

Po zakupie biletów znalazłam informację, że w tym okresie będzie już działał Jarmark Bożonarodzeniowy - wobec czego wyjazd zorganizowałyśmy pod hasłem:

Lecimy na świąteczny glühwein!
(czyli grzane wino)


Jednak zanim pojechałam opijać się niemieckim grzańcem, musiałam:

  • wrócić w nocy z Izraela;
  • zajechać z lotniska do domu;
  • przepakować plecak: z koszulek i sandałów na: polar, czapkę i rękawiczki;
  • zmienić walutę w portfelu - z szekli na euroski;
  • pójść do pracy na ranną zmianę;
  • wyjść wcześniej z pracy i pojechać na lotnisko.

I niech mi inni nie mówią, że nie mają czasu na podróże ;)


Po przylocie jedziemy do centrum podmiejską koleją S-Bahn. Bilet całodzienny (obowiązujący do północy) kosztuje 9,35€ - więcej niż przelot Ryanairem :)
Poza tym, jako skończone gapcia nie zauważyłyśmy, że dobra dusza zostawiła przy biletomacie aktualny dzienny do dalszego wykorzystania. Nauczka na przyszłość - wnikliwiej badać okolice biletomatów :)

Podczas kilkunastominutowej jazdy do centrum uważnie przyglądałam się współpasażerom.
Frankfurt jest bowiem tak bardzo kosmopolityczny, że końcem 2017 roku populacja Niemców w mieście spadła poniżej 50%! Teoretycznie więc łatwiej tutaj spotkać obcokrajowca niż Niemca.
W głowie miałam wizję maksymalnie kolorowego społeczeństwa, tymczasem było zadziwiająco dużo białych, europejskich twarzy mówiących niemal wyłącznie po niemiecku. Jak zwykle statystyka sobie, a życie sobie :)

Zaraz po przyjeździe do centrum wychodzimy na Weihnachtsmarkt, Jarmark Bożonarodzeniowy.


Ten najstarszy niemiecki jarmark (działa od 1393 roku!) jest jednym z najpiękniejszych w kraju (obok m.in. Norymbergi, Berlina i Drezna).



Pięknie oświetlone budki rozciągają się w samym centrum miasta - w historycznym Romerberg i Paulsplatz oraz część wzdłuż wybrzeża Menu.

Romerberg to najbardziej reprezentacyjna część miasta - przy placu zapełnionym ludźmi z kubkami gorącego glühweinu stoi ratusz i piękne kamieniczki. Iście pocztówkowa sceneria.
Warto jednak pamiętać, że w 1944 roku po alianckich nalotach zniszczono prawie całą zabytkową zabudowę Starówki, a obecne budynki to dzieło mozolnej odbudowy prowadzonej w latach 70.

Na pierwszym planie łysawa choinka, w tle nowe-stare kamieniczki.

Karuzela na Paulsplatz.


Na jarmarku można kupić mnóstwo akcesoriów świątecznych (o dziwo jest mało chińskiego szmelcu, za to sporo gustownego rękodzieła), ciepłe ubrania i lokalne przysmaki.







Owocki w czekoladzie

Świąteczne, tradycyjne ... frytki?

Spacer wokół ustrojonych budek w centrum zaliczony, zakupy niezrobione (lowcost, Panie!), a mrozik zaczyna wymuszać na nas szybsze ruchy.
Idziemy więc na dalszy spacer po ładnie udekorowanej Starówce.


Kręcąc się po centrum, trafiamy na Opernplatz ze spektakularnym budynkiem frankfurckiej Opery.

Alte Oper (Stara Opera).

Oryginalny budynek Opery (z 1880 r.) w czasie wojny podzielił los kamienic przy Paulsplatz- po bombardowaniu ostała się jedynie fasada i część zewnętrznych ścian. Odbudowaną Operę otwarto drugi raz dokładnie 101 lat później i działa ona po dziś dzień.

Świetlista "fontanna" na Opernplatz.

Póki co wystarczy tych suchych jak wiór faktów.
Chodźmy na grzańca! :)



Tradycyjny przepis opiera się na kilku składnikach: czerwonym winie (np. Merlot lub Pinot Noir), soku pomarańczowym, cukrze i mieszance przypraw (głównie z cynamonem i goździkami). Niezastąpiony na rozgrzanie w mroźne dni!

Grzańca dostajemy w tradycyjnych ceramicznych kubkach o pojemności ok. 200 ml. Do ceny grzańca dolicza się kaucję za kubek, jakieś 2-3€, która jest zwrócona po jego oddaniu (chociaż pobierają 1€ prowizji). Wydawało mi się to dziwną praktyką, aż w końcu dowiedziałam się, że każde miasto co roku zmienia design swoich jarmarcznych kubków, więc wiele osób zabiera je po prostu do domu.


Skoro znów wróciłyśmy do centrum, nie możemy odpuścić perełki gotyckiej architektury - Katedry św. Bartłomieja.


Z Wikipedii.

Katedra z ligi NAJ - najstarsza, największa i najważniejsza w Niemczech. Miejsce koronacji królów, a później cesarzy niemieckich.

W środku surowo - jak to po gotycku.

Przy okazji trafiłyśmy na koncert organowy :)
Kilkadziesiąt minut przeznaczamy na odpoczynek i lekkie ogrzanie się w murach świątyni, by później wrócić na jarmark i w końcu zjeść coś innego niż przygotowane wcześniej kanapki.

Placki ziemniaczane z musem jabłkowym.
Ambrozja *.*

Po 22 wracamy z miasta S-Bahnem na lotnisko, ostatnią atrakcję ze śmiesznej checklisty tego wyjazdu.

Lotnisko FRA jest ogromne - kilka terminali połączonych kolejką linową (ooo tak, na przejazd podniebną kolejką byłam nieźle nastawiona!). Najpierw sporo czasu spacerujemy po każdym terminalu, żeby znaleźć co ciekawsze miejsca, knajpki, punkty widokowe czy ustronne miejsca do spania. W końcu lądujemy w nieuczęszczanym korytarzu i tutaj rozkładamy nasz nocny obóz.

A od rana, przed lotem do Krakowa .... Jeździmy kolejką między terminalami.


Nie są to wprawdzie wagoniki na linach, a zwykłe, poruszające się po szynach, ale przynajmniej jazda zapewnia fajne widoki na lotnisko i okoliczne biurowce.







FRA to główny hub Lufthansy.

To m. in. tutaj gubi się bagaże rejestrowane. :)

Obsługa musiała mieć niezły ubaw, widząc naszą dwójkę kursującą między terminalami przez jakieś hmmm, 40 minut? :)
W każdym razie - było warto.
Tak samo, jak warto było wpaść do Frankfurtu na niecałą dobę :)

Podsumowanie kosztów:
  • loty KRK-FRA-KRK [Ryanair]: 38 zł
  • bilet dzienny na S-Bahn: 9,35€
  • gluhwein: 4€
  • jedzenie na jarmarku: 4€
Sumarycznie ok. 110 zł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz