poniedziałek, 29 października 2018

Weekend w tygodniu - wypad w Tatry, 11-12.09.2018

Praca na pół etatu ma swoje plusy (niestety nie mam tu na myśli wypłaty).
Jednym z nich jest możliwość szybkiego zorganizowania wyjazdu, gdy M. został wysłany niemal z dnia na dzień na kilkudniowy urlop.
Trochę niespodziewanie padło na Podhale.


Jak dla mnie, to była trochę zbyt sztampowa propozycja na wyjazd.
O tym, że będzie fajnie, przekonałam samą siebie paroma argumentami:
  • najwyższy sezon już minął plus jedziemy w tygodniu (wtorek-środa);
  • jak na wrzesień, ciągle jest cudownie ciepło i słonecznie;
  • już wcześniej kiełkowała w mojej głowie myśl, żeby wybrać się na wycieczkę do term;
  • chcę odczarować powtarzane z uporem zaklęcie "nie znoszę łażenia po górach";
  • M. ma parcie na zdobycie Rysów, a byłoby dobrze, gdyby nie zdobywał ich beze mnie. ;)


Wtorek - Termy Chochołowskie


We wtorkowe przedpołudnie jedziemy do Chochołowa pomoczyć się w termach (po drodze zabieramy dwójkę stopowiczów, którzy jadą zdobyć Rysy).
Co do term, miało być tanio - z wykorzystaniem Grouponu, ale niestety bilet open na wszystko był już niedostępny.
Na miejscu jednak też nie jest AŻ tak zaporowo drogo - całodzienny bilet open na wszystkie baseny i saunarium kosztuje 109 zł.

Zdecydowanie było warto wydać te pieniądze :)

Wymoczyliśmy się w jacuzzi, basenach, solankach, popływaliśmy w zewnętrznym basenie termalnym, wypiliśmy piwko w basenowym barze :D

Najfajniejszy był jednak pobyt w saunarium - świetnie urządzone, dużo różnych saun (parowa, infrared, aromaterapeutyczna, fińska - z fantastycznymi rytuałami saunowymi), grota solna, jacuzzi, basen termalny na zewnątrz i kilka różnych basenów do schładzania ciała. Plus taras widokowy :)
Przestrzega się zasad poprawnego saunowania (tak, tak, jesteśmy nago w saunach).
Strefa odpoczynku też urządzona przyjemnie i ze smakiem, dużo dostępnych leżaków, a wszystko w stonowanych kolorach i z wykorzystaniem naturalnych (lub imitujących naturalne) materiałów.
Po tych atrakcjach zakochałam się w saunowaniu ♡♡

Fotek żadnych nie mam, bo telefon leżał w szafce, za to profesjonalne, reklamowe fotki (ale zgodne ze stanem faktycznym) znajdziecie pod tym linkiem.

O czym warto wspomnieć - jedzenie w kompleksie jest w bardzo przyzwoitych cenach.
Uwaga - ciężko o dobrą opcję wegetariańską, pozostają ziemniaki z warzywami na wagę w restauracji basenowej (odpuściłam, zjadłam swój własny makaron :p).

W termach spędziliśmy jakieś 6h.
Powszechnie wiadomo, że "woda wyciąga", a na duży głód najlepsza jest oczywiście pizza :)

Jedną z nielicznych otwartych pizzerii znaleźliśmy w drodze na nocleg - Pizzerię Biały Dunajec.
Z dużym zaskoczeniem muszę przyznać, że była to jedna z najlepszych pizz, jakie miałam okazję ostatnio jeść (a sporo też ich było, hehe). Prosty system zamawiania - pizza 30 cm lub 50 cm, komponuje się samemu - każdy dodatek w stałej cenie (o ile dobrze pamiętam, 2 zł na małą i 3 zł na dużą pizzę).
Mieszczuchów ostrzegam, że lokal hołduje staremu stylowi z czasów PRL i nie będą nas obsługiwać słodkie i śliczne studentki ;)

Nocleg za pośrednictwem Bookingu w prywatnej kwaterze U Bafii - wyrozumiała właścicielka, mały pokój z podstawowymi udogodnieniami, niska cena, szybki dojazd do parkingu w Palenicy Białczańskiej to najważniejsze zalety tego obiektu.


Środa - wyjście w Tatry


Do samego rana toczyły się dyskusje, czy atakować te Rysy czy raczej wybrać luźniejszą trasę.
Zwyciężyła opcja luzu 😎

Wyruszamy o 7:00 z parkingu w Palenicy Białczańskiej na najgorszy odcinek - asfaltową ceprostradę do Morskiego Oka.
Na szczęście fasiągi (konne wozy wiozące turystów) jeszcze nie kursują, więc nie uaktywnia się mój prozwierzęcy ból dupy ;)

Tempo mieliśmy nienajgorsze i przed 9:00 jedliśmy już śniadanie (wczorajszą pizzę) przy schronisku.


A tu Morskie Oko w godzinach porannych.



Następnie cofnęliśmy się nieco do żółtego szlaku prowadzącego na Szpiglasową Przełęcz.
Szlak jest łatwy do przejścia i technicznie niewymagający - podejścia są łagodne i dają piękny widok na Morskie Oko.

Widok na Morskie Oko na początku szlaku.

Przejście od Morskiego jest przedpołudniem pięknie oświetlone, szybko pozbywamy się więc kurtek, a z czasem i bluz.
Chociaż szlak jest łatwy, mimo wszystko potrafi trochę zmęczyć, zwłaszcza swoją długością.

Od dołu - Morskie Oko, powyżej Czarny Staw pod Rysami.

Przyznaję, że niezbyt rozważnie zaopatrzyliśmy się w wodę... Przy szlaku na Rysy są wodopoje i chyba to uśpiło moją czujność. Dość powiedzieć, że sporo przed szczytem Szpiglasa nasz stan wody wyglądał tak:


Po dojściu do Szpiglasowej Przełęczy (2110 m) czas na zasłużony odpoczynek!
(nadal bez wody)


Nie chce nam się włazić na Szpiglasowy Wierch (2172 m) - ludzi jest tam dość dużo, a na szczycie nie ma zbyt wiele miejsca na spokojne delektowanie się widokiem.
Nie mam fetyszu dotykania skał na największej możliwej wysokości, więc bez cienia żalu odpuszczam ten krótki, 10-minutowy odcinek ;)

Poza tym z perspektywy przełęczy widok na położoną po drugiej stronie Dolinę Pięciu Stawów też jest przedni!

Czarny Staw i Wielki Staw.

Schodzimy żółtym szlakiem do Doliny Pięciu Stawów.
Od początku zejścia na szlaku są łańcuchy - trochę się ich chwytam, a trochę polegam na własnym wyczuciu.
Małym ludziom czasem łatwiej iść, gdy łapią się choćby gołej skały niż próbując łapać łańcuchy, wyciągając się w ich stronę.
Najmniej przyjemne było mijanie się z ludźmi wchodzącymi na Szpiglas, zwłaszcza, że niefortunnie trafiliśmy na wycieczkę szkolną.

Gdy kończą się łańcuchy, mamy przed sobą dość płaski fragment trasy. Dochodzimy w ten sposób aż do szerokiego potoku i tutaj pragnienie tak bardzo daje mi się we znaki, że wprost z niego piję wodę ;) Co za cudowne uczucie! Woda nam nie zaszkodziła, więc spokojnie można zaryzykować i zrobić to samo.

Odbijamy na niebieski szlak obok Koziego Wierchu. Bardzo przyjemna droga, płaska, ciągle w przyjemnym słońcu.

Dochodzimy do Schroniska w Dolinie 5 Stawów Polskich (1671 m).



Tutaj chwila na odpoczynek - z piwem i kultową szarlotką.
Przyznaję, że mnie na kolana nie powaliła, ale dla porządku zjadłam do końca. Nie godzi się zostawiać słodkiego przecież ;)


Schodzimy dalej czarnym szlakiem, w stronę Rzeżuch.


Zejście dość męczące, po wysokich kamiennych stopniach - czuć to w kolanach.
Na szczęście trasa szybko przechodzi w szlak zielony poprowadzony w lesie, często krzyżujący się z Potokiem Roztoki. Bardzo lubię takie szlaki, przez co szybko nabieram tempa i idzie mi się wręcz wyśmienicie.


Na końcu trasy musimy jeszcze przejść kawałek asfaltówką, po której co chwila ciągną fasiągi. Smutny i żałosny dla mnie to widok.

Prosto z parkingu w Palenicy jedziemy na Kraków, znów zabierając z drogi naszych poprzednich stopowiczów. :)

Podsumowanie kosztów:
  • bilet open do Term Chochołowskich - 109 zł
  • nocleg - 30 zł
  • dojazd samochodem - 40 zł
  • parking w Palenicy i bilet wstępu do TPN - 30 zł
  • jedzenie - 140 zł (tym razem na bogato ;))
W sumie 350 zł - było warto, bo w sumie rzadko zdarza mi się jechać gdzieś i nie biedować, miła odmiana po chlebkach z dżemem i wodzie z kranu jako podstawie egzystencji :D
Co do wyprawy na Szpiglas - nasza trasa miała 26 km i 1488 m przewyższeń (wg tej strony), przejście z odpoczynkami i dwoma krótkimi drzemkami zajęło nam 10 godzin.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz