Podróż uśmiechu :)

Blog podróżniczy, relacje z podróży, tanie podróżowanie, tanie latanie, autostop

Z życia autostopowicza. Majówka w Rijece, 28.04-04.05.2017

By 13:40 , , ,

Wyjątkowa potrzeba przygody, desperacka tęsknota za słońcem i niemożliwie niski budżet - czyli trzy składniki, z których musiałam ułożyć przepis na tegoroczną majówkę. Dorzuciłam więc kilka pasztetów, namiot i markery, a żeby było weselej, zabrałam też najmłodszego brata Kacpra do towarzystwa :)


Tyle tytułem wstępu.

Przejdźmy do konkretów.

Jak jedziemy?

  • oczywiście autostopem!
  • robiłam przymiarki do chociaż jednego lotu (Kacper dotychczas nie miał okazji lecieć samolotem), ale żadna trasa ani cena biletów nas nie urządzała.


Kiedy wyjazd?

  • ze względu na majówkowe wyścigi autostopowe i spodziewane dzikie tłumy na trasie na południe Europy, ruszamy dzień wcześniej, w piątek rano.
  • Zgodnie z grafikiem weekend mam pracujący - dlatego musimy wracać na kolejny piątek.


Autostopem na Chorwację!


Kacprowym rankiem (tj. przed godziną 10) zaczynamy łapać stopa, stojąc w deszczu na przejściu granicznym w Cieszynie. Pełna nadziei trzymam karton z napisem WIEN i uśmiecham się do kierowców.
Kacper niezbyt podziela mój entuzjazm, choć pewnie może to być powiązane z przenikliwym ziąbem, dokuczliwym deszczem i temperaturą rzędu 3-4 stopni...


Nie jest to najlepszy czas na stopowanie. Zwłaszcza, że cały dzisiejszy dzień jedziemy w takich warunkach...

Kilka wspomnień z trasy:
  • Pierwszego dnia przejechaliśmy ledwie 340 km, co jest żenującym wynikiem :( Warunki jednak były iście fatalne (głównie przez deszcz, który towarzyszył nam aż do Austrii).
  • Najciekawszym stopem tego dnia była Pani jadąca z małą czarnoskórą dziewczynką, która zabrała nas z Ostrawy aż do Brna. Droga jak tafla, w samochodzie bardzo ciepło i cicho - po wstępnym rozgrzaniu się zapadamy z Kacprem w drzemkę.
  • W Brnie, standardowo, zabrnęliśmy na dłużej. Tyłki ratuje nam Czech jadący do Mikulova, na granicy z Austrią. Godne podkreślenia jest to, że zjechał nam na stację akurat wtedy, gdy nie łapaliśmy :)
  • W Mikulovie pijemy herbatę na stacji, żeby się ciut rozgrzać i przygotowujemy karton bezpośrednio na Graz (mam wielką nadzieję na przeskoczenie obwodnicy Wiednia bez zatrzymywania się tam). Po kilkudziesięciu minutach zatrzymuje się kierowca, ale jedzie tylko do austriackiej stolicy. Mimo to wsiadamy - zawsze to dalej od Polski i bliżej do słońca :)
  • Noc spędzamy na dużej stacji benzynowej przed Wiedniem. Rozstawiamy namiot z boku stacji, przy blaszaku z koszami. Jest bardzo zimno i przez to nie śpimy zbyt dobrze.


  • Drugiego dnia na stacji czeka już druga para autostopowiczów. A więc jednak, już nas gonią!
  • Rankiem, po trzecim obchodzie TIR-ów łapiemy bardzo komfortowy transport aż do Graz z tandemem kierowców jadących do Włoch. Najnowsze ciężarówki, cóż za wygoda!
    Kierowcy jadą w okolice Rzymu i przyznam, że zastanawiałam się nad zmianą celu podróży :) Po chłodnej kalkulacji dochodzę do wniosku, że lepiej kierować się mimo wszystko na Chorwację, dlatego rozstajemy się na jednym z postojów przy autostradzie.
  • Kolejny stop - to międzynarodowe młode towarzystwo, które zostawia nas na granicy austriacko-słoweńskiej. Tutaj nareszcie można odczuć przyjemne ciepło i promienie słońca (i brak deszczu!) ;)

  • Zgodnie z założeniem, naszym celem jest Chorwacja, nie mamy jednak sprecyzowanego dokładnego miejsca. Przygotowujemy więc dwa kartony - jeden "Croatia", a drugi - "Zadar" (taki kompromis, środkowa Chorwacja).


  • prawdopodobnie na widok tego pierwszego zatrzymuje się Michał - fantastyczny, elokwentny dziennikarz z Katowic, który jedzie odwiedzić koleżankę na Erasmusie w Rijece. Oczywiście przyjmujemy propozycję podwózki i w ten sposób jedziemy naszym najdłuższym stopem, prosto na słoneczne chorwackie wybrzeże!

  • Planowo mieliśmy dotrzeć o 15, niestety ogromne korki na granicy słoweńsko-chorwackiej wydłużyły czas jazdy o równe dwie godziny i w centrum Rijeki meldujemy się o 17:00.
  • Sumarycznie:
    - 21 godzin jazdy i łapania, ponadto 10 godzin nocnego odpoczynku na stacji;
    - mapka:
Na czerwono - miejsca, gdzie zmienialiśmy kierowców.


Wypoczynek w Rijece


Prosto po przyjeździe idziemy na zakupy - po burka i piwko Zwycięzców!



Próbujemy dojść na plażę, niestety jednak źle nas pokierowano i po dłuuuugim spacerze osiadamy pomiędzy portem przeładunkowym a blokowiskiem.


Dumny i zadowolony Kacper!

Tutaj spędzamy też noc, ukryci w namiocie pod drzewami.
Wydaje mi się, że zajęliśmy miejscówkę miejscowym bezdomnym, bo przez pół nocy ktoś chodził wokół nas, chrząkał i wzdychał :p

Kolejnego dnia robimy szybkie zakupy w Kauflandzie i podjeżdżamy miejskim autobusem do centrum (bilet - 10 kun), które wielkiego wrażenia, powiem szczerze, nie robi.




Stąd jeszcze przyjemny, półgodzinny spacer ...

Pranie pod kolor balkonu.

Kontenerowiec w trakcie załadunku.

... i jesteśmy na plaży Sablicevo!

Spędzamy tutaj kolejne 3 dni - leżymy na plaży, czytamy książki, drzemiemy, moczymy nogi w zimnym (jeszcze) Adriatyku, śpimy w namiocie na plaży ...






Niestety infrastruktura pamięta jeszcze prawdopodobnie czasy Tity i zupełnie nie nadaje się do użytku..

Pod jednym z tych łuków spędzamy noc, zakończoną hałaśliwym wejściem nastolatków na plażę rano.



Kilkaset metrów za Sablicevem jest inne zejście, z wybetonowaną ścieżką wzdłuż wybrzeża.

Bardzo ciepła noc na końcu chodnika, z widokiem na Sablicevo i port.

Śniadanie w kurtkach - słońce jeszcze dobrze się nie przebudziło.




.... 1 maja idziemy też na świąteczne piwo na deptak w centrum miasta.





Zakupy i higienę ogarniamy w pobliskim centrum handlowym Tower.


We wtorek wieczorem ruszamy na wylotówkę, w okolice Soboli (ok. 12 km z centrum miasta).

Mają tam jeździć podmiejskie autobusy - sprawdzamy rozkłady, ale nie potrafimy znaleźć dobrego połączenia. Decydujemy się więc na długi spacer.


Trasa jest hmm, piękna, ale niesamowicie pokręcona i z wykańczającymi podejściami. Prowadzi częściowo przez osiedla, lasy, wzgórza, rzeki (tak właśnie, rzeki! Bez mostu! W pakiecie wodna krioterapia dla stóp :)), pola i łąki, a nawet tamę.


Polecam ją jedynie piechurom z dobrze dopasowanym plecakiem i zapasem wody (po drodze brak sklepu), lubiącym 4-godzinne wędrówki na wylotówkę.

Rozbijamy się na noc na jednym z pól niedaleko drogi.

W środę od rana łapiemy stopa w kierunku Polski.

  • Soboli to rzeczywiście dobra miejscówka, po 20 minutach jechaliśmy z parą Chorwatów do Zagrzebia.
  • Tutaj, na stacji, czekamy aż 1,5 godziny na kolejną podwózkę. Było warto, bo jest dość ciekawa - jedziemy w trójkę TIRem, którym zawracamy przed bramkami na autostradzie (!!!), żeby pojechać starą, bezpłatną drogą. Nasz kierowca to nietuzinkowy człowiek - w trakcie jazdy wybieramy wspólnie panele do jego remontowanego domu i oglądamy zdjęcia z maratonu pływackiego.
  • W małym chorwackim miasteczku niedaleko granicy jemy ostatniego burka i próbujemy złapać kogoś na Maribor. Złapaliśmy - znów TIRa! Bośniak zaprasza mnie do środka, sadza z podwiniętymi kolanami obok drążka skrzyni biegów, przywala plecakiem- Kacper za to po paniczowsku siedzi na fotelu pasażera.
    Wyskakujemy tuż przed granicą.
  • Granicę przechodzimy piechotą :) pierwsza kontrola - przy stanowisku dla TIRów, druga- pomiędzy samochodami osobowymi. Na nasz widok, dziarsko maszerujących z plecakami wśród samochodów, strażnicy byli delikatnie zdziwieni, a kierowcy zupełnie zaszokowani :P
  • Tuż za granicą, w kilka chwil łapiemy Austriaka prosto do Graz.Autostopowicze powinni zrozumieć powagę naszego dokonania - Austriaka!!! Rodowitego!
  • Wysiadamy na dużej stacji przed Graz. Świetna miejscówka do łapania! Psujemy niestety wszystko, decydując się na podwózkę z Serbem i Bośniakiem, którzy jadą do zachodnich Niemiec. Musimy wysiąść na małym i rzadko uczęszczanym parkingu. Plus jest taki, że dostaliśmy po wafelku :>
  • Sytuacja staje się dla nas niekorzystna i dlatego musimy kawałek wyjść przed zjazd, żeby pokazać się kierowcom. Z duszą na ramieniu próbuję łapać stopa, ale z marnym skutkiem. W pewnym momencie ktoś nas woła z parkingu - młody chłopak (przed 30.), który jest szczęśliwy, że łapiemy, bo zawsze marzył o wzięciu autostopowiczów :)
    Jest chyba nawet bardziej wdzięczny nam niż my jemu  :D
    Jego życiorys też jest ultraciekawy - w wieku 15 lat wyjechał z Chorwacji do Słowacji, żeby trenować hokej na lodzie. Skończył tu szkoły, jest przedsiębiorcą i w tym roku wyjeżdża do Kopenhagi na studia psychologiczne - bo go to interesuje i zawsze o tym marzył - a żyje po to, by spełniać marzenia :) Ponadto od wielu lat medytuje i zajmuje się odkrywaniem tajemnic duchowego życia.
    Jedziemy objazdową drogą (przez Eisenstadt i niedaleko "austriackiego morza") aż do Bratysławy.
    Po serdecznym pożegnaniu zostajemy na stacji przy drodze na Brno.
  • Jest już ciemno i zanosi się na deszcz - odpoczywamy więc dłuższą chwilę, korzystamy z prądu i wifi, pijemy herbatę. W planach mamy koczowanie tutaj aż do rana.
  • O 2:00 podjeżdża na stację rumuński samochód dostawczy. Bardzo długo się waham, ale w końcu podchodzę do kierowcy i pytam o podwózkę. Udaje się - Cipro jedzie do Niemiec i podrzuci nas do Brna! Budzę Kacpra i pakujemy się do samochodu.
  • Wysiadamy na przyjemnej, dużej stacji. Łapiemy o świcie bardzo nerwowego Czecha, który podwozi nas z prędkością światła przed Frydek-Mistek. Najwidoczniej, mimo tak wczesnej pory, był już spóźniony ;)
  • Tutaj długo nam schodzi, ale z pomocą dwóch czeskich kierowców dostajemy się znów do Polski, do Cieszyna, na most, z którego wyruszyliśmy dokładnie tydzień temu!
    Nadal jest tu zimno - i nadal pada :P
  • Mapka trasy powrotnej:



Podsumowanie kosztów (na osobę):
  • jedzenie z Polski (pasztety, chleb, krem czekoladowy) - ok. 10 zł
  • jedzenie w podróży i w Rijece - 60 CZK + 170 HRK + 1,1 EUR = ok. 116 zł
  • autobus miejski w Rijece - 10 HRK = ok. 6 zł

Sumarycznie 132 zł. Tanioszka, dla tego słońca i ciepła warto było jechać *.*



Spodoba Ci si� r�wnie�

0 komentarze